Matt Cutts z Google i Jeremy Zawodny z Yahoo! rozpoczęli małą wojnę.
Matt dalej próbuje przeforsować swoją tezę, że linki kupowane powinny zawierać atrybut rel=”nofollow”, aby wyszukiwarki wiedziały, że te linki są kupione i nie będą zliczane w celach rankingu strony docelowej. Używa słowa wyszukiwarki, ale chodzi o Google, które nie może sobie ostatnio zbyt dobrze poradzić z jakością wyników po Jaggerze. Dlatego według niego webmasterzy powinni opatrzyć linki sponsorowane odpowiednim opisem i wtedy wyniki w Google będą znowu wysokiej jakości. Zresztą, ta arogancja już jakiś czas trwa.
Jeremy jednak otwarcie sprzedaje linki na swoim blogu i opatrzył je tytułem “sponsored links” i pozwolił je komentować. Nie ma on zamiaru dawać im atrybutu “nofollow”, bo słusznie nie widzi takiej potrzeby.
Matt mu wytknął, że z jednej ze stron, które kupiły u niego linki można w dwóch kliknięciach wejść na stronę pornograficzną i dlatego ponoć blog Jeremy’ego może dostać filtr (lol). Matt zaświecił przykładem i usunął link do bloga Jeremy’ego ze swojego bloga, bo jeszcze on sam dostanie filtr, od siebie samego, za linkowanie do niego.

Linki tekstowe tak samo jak banery są formą reklamy w internecie i Google tego nie zmieni. Ta forma reklamy istnieje dużo dłużej niż Google, więc nie mogą oni grać roli dyktatora i narzucać formatu tego typu reklamy. Matt twierdzi, że kupowane linki psują jakość wyników. Wyniki w Google są ustawiane według ich własnego algorytmu, więc jeżeli ich jakość jest niezadowalająca to powinni zmienić swój algorytm a nie narzucać webmasterom format reklamy.